Amerykański Mahler
22 i 23 maja 2025 to dni, które przyniosły jedno z najbardziej oczekiwanych wydarzeń muzycznych całego sezonu artystycznego we Wrocławiu. W sali Narodowego Forum Muzyki wystąpiła znakomita, owiana sławą bodaj najlepszej na świecie orkiestry Chicago Symphony Orchestra. Dyrygował holenderski kapelmistrz Jaap van Zweden.
Chicago Symphony Orchestra działa od 1891 r., dziś więc to już szacowna instytucja muzyczna o międzynarodowej renomie, licząca sobie prawie 135 lat. Orkiestrą kierowali najsławniejsi dyrygenci, w tym również Polak Artur Rodziński. Przez dziesięć lat na jej czele stał Fritz Reiner, który dokonał z zespołem szeregu rewelacyjnych nagrań płytowych, przyczyniając się do utrwalenia renomy orkiestry. W bliższych nam czasach z Filharmonikami z Chicago współpracowali m. in. Carlo Maria Giulini, Bernard Haitink, Pierre Boulez czy Georg Solti. Na zamówienie orkiestry Witold Lutosławski skomponował jeden ze swoich najważniejszych utworów – III Symfonię.
Nie dziwiło więc w oba majowe wieczory, że w gmachu NFM pojawił się niemal cały polski muzyczny świat, nie tylko miejscowa publiczność, ale też dziennikarze i krytycy z różnych ośrodków. Nie bez znaczenia był fakt, że Chicago Symphony Orchestra podczas swojego europejskiego tournée w Polsce występowała jedynie we Wrocławiu i to aż dwa razy, z dwiema wielkimi symfoniami Gustava Mahlera.
Tak doskonała orkiestra jest wprost stworzona do prezentowania monumentalnych symfonii Mahlera, niezwykle wymagających pod względem technicznym i interpretacyjnym. Obsada instrumentalna takich „symfonicznych kolosów” jest ogromna, wyobraźnia dźwiękowa podsuwała kompozytorowi niezwykłe pomysły instrumentacyjne, jak przykładowo zastosowanie w orkiestrze symfonicznej mandoliny i gitary, nie wspominając już o bardzo rozbudowanych sekcjach instrumentów dętych i perkusji.
22 maja zabrzmiała VI Symfonia „Tragiczna”. Dzieło wizjonerskie, ogromnie dramatyczne, pełne rozmachu i wewnętrznej energii. VI Symfonia ma porywający, niezapomniany początek, fragment utrzymany w konwencji jakiegoś niesamowitego marszu, ogarniającego cały świat. Orkiestra zagrała go wspaniale, z odpowiednią dyscypliną i brzmieniem. Był to zaledwie początek, otwierający drzwi do kolejnych symfonicznych obrazów. Można było podziwiać precyzję i kulturę brzmienia instrumentów dętych oraz smyczków, klasę perkusji. Chicago Symphony Orchestra potwierdzała swoją renomę, słuchanie artystów amerykańskich było czystą radością. Jeśli czegoś brakowało, to raczej tego, co znajduje się poza dźwiękami – w sferze ducha, a za co odpowiada zawsze dyrygent. Nie we wszystkim przekonywał mnie Holender Jaap van Zweden. Owszem, to bardzo sprawny kapelmistrz, który zadbał o techniczną perfekcję wykonania. Owszem, bywały momenty piękne, podobała mi się miękkość gestów, z jaką dyrygent przekazywał smyczkom liryczne frazy instrumentów dętych w trzeciej, marzycielskiej części (Andante moderato). Mimo to w koncepcji dyrygenta brakowało mi pogłębienia wyrazu i tego, co u Mahlera najważniejsze – metafizyki, tajemnicy, choć oczywiście sama muzyka porażała pięknem. W całości brzmienie zaproponowane w tej interpretacji wydało mi się trochę brutalne i twarde. Szkoda, że Jaap van Zweden nie wykorzystał do końca możliwości interpretacyjnych wspaniałej orkiestry.
Nazajutrz amerykańscy goście zaprezentowali kolejną, VII Symfonię Gustava Mahlera. Równie monumentalną, choć zupełnie inną w charakterze. Tym razem interpretacja dyrygenta wydała mi się bardziej trafna i zgodna z duchem utworu. Bardziej przekonująca. Na samym początku kłopoty intonacyjne miał tubista, więc można się było przekonać, że nawet legendarna orkiestra potrafi się „potknąć”. Szybko jednak wszystko wróciło do normy i słuchacze mogli się przez 80 minut delektować mistrzostwem zespołu, co zostało nagrodzone olbrzymią owacją.
Artur Bielecki, gościnnie na Blogu „Krytyka Niezależna”
Fotografie z Archiwum Organizatora