MOZAIKA NASTROJÓW

W czwartek (19.02) recital Pogorelicha, w piątek (20.02) Sinfonia Varsovia i Pinchas Zuckerman. Sobotni wieczór (21.02) z Orkiestrą Leopoldinum, zaś niedziela (22.02) w towarzystwie muzyki dworu Wazów. Taka mozaika nastrojów jest możliwa tylko w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu.




Mistrz mazurków

„W roku 1980 niedopuszczenie Pogorelicha do finałowego etapu Konkursu Chopinowskiego w Warszawie wywołało skandal, podzieliło jurorów, publiczność i krytyków. Nie sposób było przejść obojętnie wobec fenomenu młodego pianisty, jego oryginalna osobowość i niestandardowy sposób bycia na estradzie prowokowały do myślenia i zmuszały do zajęcia stanowiska. ” - tak o występach chorwackiego pianisty pisał Artur Bielecki w wydanej w roku 2023 przez Narodowy Instytut Fryderyka Chopina znakomitej książce pt.: „Chopiniści”. Ostatni recital Pogorelicha w NFM był dowodem na to, że i dziś ten artysta wciąż zaskakuje słuchaczy swoimi interpretacjami. Kreacje jakie proponuje są niejako swoistego rodzaju dialogiem z autorami dzieł, a niekiedy stwarzaniem części kompozycji prawie od nowa.

W czwartek Pogorelich zaczął od Mozarta – prezentując kolejno Fantazję c-moll KV 475, Adagio h-moll KV 540 i Fantazję d-moll KV 397. W dziełach tych podkreślał Mozartowską prostotę faktury, ciekawe rozwiązania harmoniczne, śpiewność linii melodycznych i dramatyzm wyrazu. Znać było w tych wykonaniach doświadczenie pianisty w konsekwentnym budowaniu formy. Nic nie było tu przypadkowe – każdy detal barwy (jakże różnorodnej), tempa, dynamiki został drobiazgowo przemyślany. Mozart Pogorelicha zaciekawiał, wywoływał ochotę na dyskusję o poszczególnych pomysłach tak autora, jak i interpretatora.



VIII Sonata fortepianowa c-moll op. 13 Ludwiga van Beethovena zaskoczyła mnie od pierwszych akordów. Pianista „odchudził” dynamicznie słynną „Patetyczną”, a zwłaszcza górne plany realizowane przez prawą rękę, stawiając w swojej kreacji nie na wolumen brzmienia, ale na prostotę i klarowność, przywołując wyraźnie w Beethovenie echa Mozarta. Selektywność, piękne dialogowania obu rąk i oryginalne podejście do agogiki dopełniły całości tej interpretacji.



Najciekawsza okazała się jednak druga część recitalu, gdyż Mozart zapraszał słuchaczy do polemiki, Beethoven nas zaciekawiał, ale dopiero Chopin zdecydowanie złapał za serce.



Nokturn Es-dur
op. 55 nr 2 brzmiał niczym improwizowane impromptu. Pełen migotliwych barw, fantastycznego tempo di rubato, wręcz „słowiczej” melodyki fascynował i zachwycał. Trzy mazurki z opusu 59 były zdecydowanie najpiękniej wykonanymi mazurkami, jakie słyszałam na żywo. Mazurek a-moll op. 59 nr 1 zapierał dech w piersiach genialnym oddaniem charakteru kujawiaka i mazura. Mazurek As-dur op. 59 nr 2 wprost olśniewał feerią barw i zjawiskową codą. W Mazurku fis-moll op. 59 nr 3 Pogorelich ukazał idiom wszystkich 3 tańców typowych dla mazurka. Usłyszeliśmy zadziornego, ale i zalotnego mazura, tęsknego, nostalgicznego kujawiaka i dynamicznego, skocznego, wirowego oberka. 

Ukoronowaniem recitalu była II Sonata fortepianowa b-moll op. 35 oryginalna tak u Chopina, jak i u Pogorelicha. W pierwszej części pianista prawie podsumował twórczość gatunkową Chopina, gdyż można było usłyszeć tu kolejno lekkie, choć zarazem dramatyczne scherzo, balladę, fantazję, impromptu i nokturn. Druga część również była różnorodna w charakterze. Chopinowskie scherzo, tak tragiczne, jak diaboliczne w nastroju, w części B zmieniło się w pełną elegancji elegię, w której pianista zachwycał niezwykłym piano. W zakończeniu zaś można było usłyszeć nawet nutę mazurka. Słynny marsz żałobny (część III) zaskoczył mnie szybszym tempem (co uwydatniło bicie dzwonów pogrzebowych) oraz skrzyżowaniem przedstawionych dwóch światów – dramatycznego „tutaj” i jasnego, lirycznego „tam”. Finał (część IV) stanowił cytując Chopina prawdziwe „ogadywanie unisono lewej ręki z prawą po marszu”. Gdybym nie wiedziała, co znaczy wyraz „tajemniczo”, po wysłuchaniu tej części w interpretacji Pogorelicha, nie miałabym już żadnych wątpliwości.
Podsumowując, Mistrz potwierdził we Wrocławiu swoją doskonałą formę, jak również po raz kolejny udowodnił, że genialnym Chopinistą można być niezależnie od wyników Konkursu Chopinowskiego.





Doświadczenie vs. Młodość

Wspólny występ doświadczonego izraelsko-amerykańskiego skrzypka, altowiolisty i dyrygenta Pinchasa Zukermana, wraz z Fumiaki Miurą - japońskim skrzypkiem młodego pokolenia, w towarzystwie Orkiestry Sinfonia Varsovia, był świetnym pomysłem na piątkowy wieczór w NFM.
Program rozpoczął legendarny Koncert d-moll na dwoje skrzypiec BWV 1043 J.S. Bacha, z którego najpiękniejsza okazała się słodycz barwy skrzypiec z II części (w wypadku Zuckemana pogłębiona o prawie altówkowy ton) oraz energetyczny finał. Przyznać jednak muszę, że w dobie wykonawstwa poinformowanego historycznie, gdy Bacha gra się na instrumentach z epoki, a orkiestra realizuje muzykę barokową w znacznie mniejszych składach, czułam się przytłoczona zbyt dużym brzmieniem orkiestry. Szczególnie w drugiej części mocne basy „przysłaniały” niuanse interpretacyjne solistów.






Prawdziwym popisem orkiestry okazała się Orawa Wojciecha Kilara, zrealizowana bez udziału dyrygenta. Sinfonia Varsovia brzmiała tu niczym jeden wielogłosowy instrument. W niekończącej się apoteozie góralskiego tańca, pełnej żywiołowości, ale też nostalgii i tęsknicy, zachwyciło piękne solo wiolonczeli. Nic dziwnego, że publiczność nagrodziła to wykonanie ogromnymi brawami. Symfonia koncertująca Es-dur na skrzypce i altówkę KV 364 Mozarta oraz VIII Symfonia G-dur op. 88 Dvořáka dopełniły programu. To właśnie w dziele Mozarta doszło do spotkania doświadczenia Zukermana z młodością Miury. Radość i wiedza, eksperymentowanie z brzmieniem kontra utrwalony ton, a przede wszystkim słuchanie siebie nawzajem i wzajemne czerpanie z talentów, wrażliwości i pomysłów scenicznego partnera – ta postawa była widoczna u obu artystów. Uduchowiona część II ujęła mnie genialną kadencją o walorach nie tylko popisowych, ale przede wszystkim o wielkim ładunku emocjonalnym.


Symfonia Dvořáka w interpretacji Orkiestry Sinfonia Varsovia zawierała wszystko o czym zapewne myślał autor przy tworzeniu tego dzieła – słowiański zaśpiew tematów w smyczkach, „rozmigotany” ton dętych drewnianych, mocne dęte blaszane, dialogowania pomiędzy grupami instrumentów, skontrastowanie nastroju melancholii z tonem radości, liryzm i dramatyzm naprzemiennie kreujące formę. Orkiestra potwierdziła, że wciąż należy do czołowych polskich zespołów symfonicznych, których cechą jest stopliwość brzmienia poszczególnych grup oraz duże umiejętności techniczne i wyrazowe artystów (zjawiskowe solo koncertmistrza skrzypiec i piękna kantylena wiolonczel).













Leopoldinum i klarnety



Na sobotni wieczór (21.02) z NFM Orkiestrą Leopoldinum szłam z wielką radością. Występy tego zespołu od dawna cieszą się dużym uznaniem publiczności. Bilety wyprzedają się bardzo szybko. Kameralna Sala Czerwona sprzyja bliższemu spotkaniu z orkiestrą, pozwala na dokładne obserwowanie reakcji wykonawców oraz dopomaga we wzajemnym budowaniu ciepłej, wręcz domowej atmosfery. Mimo to tym razem miałam wątpliwości, czy walor brzmienia zespołu nie zostałby zaprezentowany lepiej w Sali Głównej, choćby na estradzie w odwróceniu.
Popisowy numer orkiestry - Suita w dawnym stylu op. 40 „Z czasów Holberga” Edvarda Griega, poprowadzona przez Michaela Collinsa – miała zbyt wielkie brzmienie jak dla tak małego wnętrza. Dyrygent wyostrzył akcenty, postawił na duże zróżnicowanie dynamiczne, zwłaszcza w pierwszej części (Preludium) i zdecydowanie przyspieszył tempo. Doprowadziło to do wrażenia „zagonienia” ważnych tematów muzycznych. Intonacja zespołu (zwłaszcza skrzypiec) momentami nie była wystarczająco precyzyjna (zwłaszcza w finalowym Rigaudon). Wykonanie sprawiało wrażenie bardziej ćwiczenia utworu na próbie, a nie gry koncertowej, choć dotąd Suita była zawsze popisowym „numerem” Leopoldinum. Mimo to uwagę zwróciła nieskazitelna kantylena wiolonczel (Sarabande i Gavotte) oraz piękne dialogowanie skrzypiec i wiolonczel (Air).







Publiczności do gustu przypadł nastrojowy Koncert klarnetowy Aarona Coplanda, w którym skład orkiestry został powiększony o harfę i fortepian. Solista Pablo Barragán okazał się artystą wrażliwym i bardzo muzykalnym. Jego kantyleny brzmiały niczym Wagnerowskie unendliche melodie, w których każdy dźwięk był przemyślany, ciepły, soczysty. W pamięci pozostała mi genialnie wykonana kadencja, wspaniała komunikacja solisty z orkiestrą i dyrygentem (również klarnecistą, co było dodatkowym atutem tego wykonania) oraz świetnie zrealizowana partia fortepianu, momentami drugiego solisty w tym utworze. 

Lekkość i wirtuozeria partii klarnetowych, niezwykłe porozumienie solistów i przepływ pozytywnej energii między wszystkimi wykonawcami w krótkim Konzertstück nr 2 op. 114 (oprac. na dwa klarnety i smyczki) Felixa Mendelssohna – Bartholdy'ego słusznie zdobyły uznanie słuchaczy. 



Po przerwie zabrzmiał utwór Zoom and Zip Eleny Kats-Chernin, który świetnie sprawdziłby się jako muzyka fimowa. Zaskakujący moment, w którym muzycy grając mieli wykonać wokalizę, pokazał, jak trudne dla instrumentalistów bywa śpiewanie. Coś, co wydawałoby się bardziej naturalne, niż granie na instrumentach muzycznych, w dzisiejszych czasach (niestety) prawie całkowicie odeszło do lamusa. Przyznam, że z sentymentem myślę o czasach, w których Śpiewniki domowe Moniuszki były wykorzystywane każdego dnia, do wspólnie spędzanych chwil w gronie rodzinnym, a Polacy byli z pewnością znacznie bardziej rozśpiewanym narodem, niż dziś.
Wieczór zakończyły Wariacje na temat Franka Bridge’a op. 10 Benjamina Brittena, dopracowane interpretacyjnie w każdym szczególe, w których na uwagę zasłużyła zwłaszcza świetnie wykonana fuga oraz wiariacja z pizzicato, zagrana również na bis.



Wieczór na dworze Wazów




Idąc na niedzielny koncert zespołu Wrocław Baroque Ensemble (22.02) byłam pewna, że mimo faktu, iż jest to wieczór zamykający zimowe igrzyska olimpijskie Mediolan Cortina 2026, publiczności w NFM nie zabraknie. Występy zespołu Andrzeja Kosendiaka zawsze cieszą się dużym zainteresowaniem publiczności i można nawet powiedzieć, że mają swoje stałe audytorium.
Tym razem Wrocław Baroque Ensemble zaprezentował twórczość instrumentalną i wokalno-instrumentalną polskich i włoskich kompozytorów działających w kapeli dworu królewskiego Wazów. Na temat utworów wykonywanych na dworach Wazów oraz ich autorów i wykonawców (działających nie tylko w kapeli królewskiej) powstało w języku polskim bardzo dużo artykułów muzykologicznych i książek. Mnie szczególnie przypadły do gustu dwie prace: „Włosi w kapeli królewskiej polskich Wazów” autorstwa Anny i Zygmunta Szweykowskich (Musica Iagellonica, Kraków 1997) oraz „Muzyczne dwory polskich Wazów” Barbary Przybyszewskiej-Jarmińskiej (Wydawnictwo Naukowe Semper, Warszawa 2007), do których odsyłam zainteresowanych tym tematem.
Program niedzielnego koncertu był zróżnicowany – od polifonicznych miniatur instrumentalnych (Canon a 6: Tres canones simul cantantur, czy Fuga Bartłomieja Pękiela), po kunsztowne, skomplikowane madrygały koncertujące Tarquinio Meruli. Obok popularnej w czasach baroku (i nie tylko) tematyki miłosnej zaprezentowane zostały również dzieła o treści religijnej.
Interesującym był fakt, że zespół wykonał cały program samodzielnie (dyrygent siedział wśród publiczności w pierwszym rzędzie).
Co najbardziej zostało mi w pamięci? Przede wszystkim doskonaly rodzaj porozumienia między artystami, wynikający z wieloletniej współpracy oraz świadomość, że mają oni przyjemność ze wspólnego muzykowania. Niezwykła była słodycz tonów skrzypiec i gamb wspartych brzmieniem pozytywu (wspomniany Canon Pękiela). Moją uwagę zwróciło też świetne zestawienie jasnego sopranu Aleksandry Turalskiej z dźwięcznym tenorem Macieja Gocmana w Ut audivit Aneria, którym towarzyszyli znakomici Marie-Domitille Murez (harfa), Marta Niedźwiecka (pozytyw) i Přemysl Vacek (teorba).
Canzona quarta ze zbioru Canzoni, libro I (1609) Valentiniego była istnym popisem wirtuozerii instrumentalistów (Zbigniew Pilch, Mikołaj Zgółka, Julia Karpeta, Krzysztof Karpeta, Marie-Domitille Murez, Přemysl Vacek i Marta Niedźwiecka, tym razem na klawesynie). Zwłaszcza Zbigniew Pilch po raz kolejny zaprezentował swoje wielkie umiejętności  techniczne. Przyznać muszę, że z głosów wokalnych tym razem najbardziej przypadł mi do gustu wyrównany, wspaniale pasujący do muzyki dawnej sopran Aleksandry Turalskiej, który tak w momentach zespołowych, jak i w partiach solowych (choćby solo inicjujące Nolite judicare ut non judicemini ze zbioru Promptuarii musici Abrahama Schadaeusa Osculatiego) zwracał uwagę zarówno niezwykłą elegancją, jak i lekkością. Z kompozycji dworu królewskiego Wazów przyciągnęły moją uwagę również znakomicie wykonane: Canzona terza a 3 Marcina Mielczewskiego, słynna Tamburetta ze zbioru Canzoni e concerti Jarzębskiego, finezyjna, poetycka i liryczna (nie, jak zazwyczaj, motoryczna i perkusyjna) oraz skomplikowane harmonicznie i wyrazowo utwory Ottavio Valery (Sfogava con le stelle ze zbioru Selva de varii passaggi Francesca Rognoniego) i Tarquinio Meruli (Ardeste un tempo. Prima Parte; Ma non poss'io. Seconda Parte ze zbioru Il primo libro de madrigali concertati op. 5). W dziele Valery mogliśmy przekonać się o wielkim talencie - zarówno wokalnym, jak i aktorskim - Volodymyra Andrushchaka (bas).
 
Warto też podkreślić, że niedzielny występ Wrocław Baroque Ensemble dostarczył słuchaczom nie tylko uczty dla uszu, ale również i oczu, o co postarały się szczególnie artystyki (Aldona Bartnik, Aleksandra Turalska, Julia Karpeta i Marta Niedźwiecka), ubierając iście dworskie kreacje, utrzymane w odcieniach złota i srebra, tak pasujące do prezentowanego repertuaru. 

Na zakończenie mojej długiej recenzji pełnej miodu muszę dodać dla równowagi również łyżkę dziegciu. Od lat zastanawiam się, dlaczego Narodowe Forum Muzyki we Wrocławiu nie może sobie poradzić z wyedukowaniem publiczności w temacie bicia braw w odpowiednim miejscu utworu. Adnotacja w programach (których wszyscy słuchacze nie mają podczas koncertów): „Prosimy o nagradzanie artystów brawami po zakończeniu całego utworu” oraz powtórzenie tej frazy ustnie przed rozpoczęciem koncertu to niestety najwyraźniej zdecydowanie za mało. Szczególnie na piątkowych wieczornych koncertach publiczność wciąż klaszcze bez opamiętania po każdej części utworów cyklicznych, wytrącając artystów z równowagi interpretacyjnej. Oczywiście w innych krajach filharmonie wciąż mierzą się również z tym problemem. Głęboko wierzę jednak, że nad brawami można zapanować w prosty sposób i zacząć je kontrolować. Wystarczy uczulić publiczność na to, że na ekranie będą wyświetlone dłonie bijące brawo wtedy, gdy publiczność ma bić brawo i dłonie przekreślone, gdy braw nie należy bić. Jako nauczyciel szkół muzycznych (z prawie dwudziestoletnim stażem) wiem, że efektu swojej pracy nie widzi się od razu, ale kropla drąży skałę, a każdą publiczność, nawet najmłodszą, prędzej, czy później da się nauczyć scenicznego savoir-vivre'u.
 
Fot. z Archiwum Organizatora (Fot. nr 1 - autor: Andrej Grilc, pozostali autorzy są podpisani na zdjęciach, ostatnia fotografia - Wrocław Baroque Ensemble - autor: Łukasz Rajchert).








Popularne posty