MOZAIKA NASTROJÓW
Mistrz
mazurków
„W roku 1980 niedopuszczenie Pogorelicha do finałowego etapu Konkursu Chopinowskiego w Warszawie wywołało skandal, podzieliło jurorów, publiczność i krytyków. Nie sposób było przejść obojętnie wobec fenomenu młodego pianisty, jego oryginalna osobowość i niestandardowy sposób bycia na estradzie prowokowały do myślenia i zmuszały do zajęcia stanowiska. ” - tak o występach chorwackiego pianisty pisał Artur Bielecki w wydanej w roku 2023 przez Narodowy Instytut Fryderyka Chopina znakomitej książce pt.: „Chopiniści”. Ostatni recital Pogorelicha w NFM był dowodem na to, że i dziś ten artysta wciąż zaskakuje słuchaczy swoimi interpretacjami. Kreacje jakie proponuje są niejako swoistego rodzaju dialogiem z autorami dzieł, a niekiedy stwarzaniem części kompozycji prawie od nowa.
W czwartek Pogorelich zaczął od
Mozarta – prezentując kolejno Fantazję c-moll KV
475, Adagio h-moll KV
540 i Fantazję d-moll KV 397. W dziełach tych
podkreślał Mozartowską prostotę faktury, ciekawe rozwiązania
harmoniczne, śpiewność linii melodycznych i dramatyzm wyrazu. Znać
było w tych wykonaniach doświadczenie pianisty w konsekwentnym
budowaniu formy. Nic nie było tu przypadkowe – każdy detal barwy
(jakże różnorodnej), tempa, dynamiki został drobiazgowo
przemyślany. Mozart Pogorelicha zaciekawiał, wywoływał ochotę na
dyskusję o poszczególnych pomysłach tak autora, jak i
interpretatora.
VIII Sonata fortepianowa c-moll
op. 13 Ludwiga van Beethovena zaskoczyła mnie od pierwszych akordów.
Pianista „odchudził” dynamicznie słynną „Patetyczną”, a
zwłaszcza górne plany realizowane przez prawą rękę, stawiając w
swojej kreacji nie na wolumen brzmienia, ale na prostotę i
klarowność, przywołując wyraźnie w Beethovenie echa Mozarta.
Selektywność, piękne dialogowania obu rąk i oryginalne podejście
do agogiki dopełniły całości tej interpretacji.
Najciekawsza okazała się jednak druga
część recitalu, gdyż Mozart zapraszał słuchaczy do polemiki,
Beethoven nas zaciekawiał, ale dopiero Chopin zdecydowanie złapał za serce.
Nokturn Es-dur op. 55 nr 2 brzmiał niczym improwizowane impromptu. Pełen migotliwych barw, fantastycznego tempo di rubato, wręcz „słowiczej” melodyki fascynował i zachwycał. Trzy mazurki z opusu 59 były zdecydowanie najpiękniej wykonanymi mazurkami, jakie słyszałam na żywo. Mazurek a-moll op. 59 nr 1 zapierał dech w piersiach genialnym oddaniem charakteru kujawiaka i mazura. Mazurek As-dur op. 59 nr 2 wprost olśniewał feerią barw i zjawiskową codą. W Mazurku fis-moll op. 59 nr 3 Pogorelich ukazał idiom wszystkich 3 tańców typowych dla mazurka. Usłyszeliśmy zadziornego, ale i zalotnego mazura, tęsknego, nostalgicznego kujawiaka i dynamicznego, skocznego, wirowego oberka.
Ukoronowaniem recitalu była II Sonata fortepianowa b-moll op. 35 oryginalna tak u Chopina, jak i u Pogorelicha. W pierwszej części pianista prawie podsumował twórczość gatunkową Chopina, gdyż można było usłyszeć tu kolejno lekkie, choć zarazem dramatyczne scherzo, balladę, fantazję, impromptu i nokturn. Druga część również była różnorodna w charakterze. Chopinowskie scherzo, tak tragiczne, jak diaboliczne w nastroju, w części B zmieniło się w pełną elegancji elegię, w której pianista zachwycał niezwykłym piano. W zakończeniu zaś można było usłyszeć nawet nutę mazurka. Słynny marsz żałobny (część III) zaskoczył mnie szybszym tempem (co uwydatniło bicie dzwonów pogrzebowych) oraz skrzyżowaniem przedstawionych dwóch światów – dramatycznego „tutaj” i jasnego, lirycznego „tam”. Finał (część IV) stanowił cytując Chopina prawdziwe „ogadywanie unisono lewej ręki z prawą po marszu”. Gdybym nie wiedziała, co znaczy wyraz „tajemniczo”, po wysłuchaniu tej części w interpretacji Pogorelicha, nie miałabym już żadnych wątpliwości.
Podsumowując, Mistrz potwierdził we Wrocławiu swoją doskonałą formę, jak również po raz kolejny udowodnił, że genialnym Chopinistą można być niezależnie od wyników Konkursu Chopinowskiego.
Doświadczenie vs. Młodość
Wspólny występ doświadczonego izraelsko-amerykańskiego
skrzypka, altowiolisty i dyrygenta Pinchasa Zukermana, wraz z Fumiaki
Miurą - japońskim skrzypkiem młodego pokolenia, w towarzystwie
Orkiestry Sinfonia Varsovia, był świetnym pomysłem na piątkowy
wieczór w NFM.
Program rozpoczął legendarny Koncert d-moll
na dwoje skrzypiec BWV 1043 J.S. Bacha, z którego najpiękniejsza
okazała się słodycz barwy skrzypiec z II części (w wypadku
Zuckemana pogłębiona o prawie altówkowy ton) oraz energetyczny
finał. Przyznać jednak muszę, że w dobie wykonawstwa
poinformowanego historycznie, gdy Bacha gra się na instrumentach z
epoki, a orkiestra realizuje muzykę barokową w znacznie mniejszych
składach, czułam się przytłoczona zbyt dużym brzmieniem
orkiestry. Szczególnie w drugiej części mocne basy „przysłaniały”
niuanse interpretacyjne solistów.
Prawdziwym popisem orkiestry okazała się Orawa Wojciecha
Kilara, zrealizowana bez udziału dyrygenta. Sinfonia Varsovia
brzmiała tu niczym jeden wielogłosowy instrument. W niekończącej
się apoteozie góralskiego tańca, pełnej żywiołowości, ale też
nostalgii i tęsknicy, zachwyciło piękne solo wiolonczeli. Nic
dziwnego, że publiczność nagrodziła to wykonanie ogromnymi
brawami. Symfonia koncertująca Es-dur na skrzypce i altówkę
KV 364 Mozarta oraz VIII Symfonia G-dur op. 88 Dvořáka
dopełniły programu. To właśnie w dziele Mozarta doszło do
spotkania doświadczenia Zukermana z młodością Miury. Radość i
wiedza, eksperymentowanie z brzmieniem kontra utrwalony ton, a przede
wszystkim słuchanie siebie nawzajem i wzajemne czerpanie z talentów,
wrażliwości i pomysłów scenicznego partnera – ta postawa była
widoczna u obu artystów. Uduchowiona część II ujęła mnie
genialną kadencją o walorach nie tylko popisowych, ale przede
wszystkim o wielkim ładunku emocjonalnym.
Symfonia Dvořáka w interpretacji Orkiestry Sinfonia Varsovia zawierała wszystko o czym zapewne myślał autor przy tworzeniu tego dzieła – słowiański zaśpiew tematów w smyczkach, „rozmigotany” ton dętych drewnianych, mocne dęte blaszane, dialogowania pomiędzy grupami instrumentów, skontrastowanie nastroju melancholii z tonem radości, liryzm i dramatyzm naprzemiennie kreujące formę. Orkiestra potwierdziła, że wciąż należy do czołowych polskich zespołów symfonicznych, których cechą jest stopliwość brzmienia poszczególnych grup oraz duże umiejętności techniczne i wyrazowe artystów (zjawiskowe solo koncertmistrza skrzypiec i piękna kantylena wiolonczel).

Publiczności
do gustu przypadł nastrojowy Koncert klarnetowy Aarona
Coplanda, w którym skład orkiestry został powiększony o harfę i
fortepian. Solista Pablo Barragán okazał się artystą wrażliwym i bardzo muzykalnym. Jego kantyleny brzmiały niczym
Wagnerowskie unendliche melodie,
w których każdy dźwięk był przemyślany, ciepły, soczysty.
W pamięci pozostała mi genialnie wykonana kadencja, wspaniała
komunikacja solisty z orkiestrą i dyrygentem (również klarnecistą,
co było dodatkowym atutem tego wykonania) oraz świetnie
zrealizowana partia fortepianu, momentami drugiego solisty w tym
utworze.
Lekkość i wirtuozeria partii klarnetowych, niezwykłe
porozumienie solistów i przepływ pozytywnej energii między
wszystkimi wykonawcami w krótkim Konzertstück nr 2 op. 114
(oprac. na dwa klarnety i smyczki) Felixa Mendelssohna –
Bartholdy'ego słusznie zdobyły uznanie słuchaczy.
Na zakończenie mojej długiej recenzji pełnej miodu muszę dodać dla równowagi również łyżkę dziegciu. Od lat zastanawiam się, dlaczego Narodowe Forum Muzyki we Wrocławiu nie może sobie poradzić z wyedukowaniem publiczności w temacie bicia braw w odpowiednim miejscu utworu. Adnotacja w programach (których wszyscy słuchacze nie mają podczas koncertów): „Prosimy o nagradzanie artystów brawami po zakończeniu całego utworu” oraz powtórzenie tej frazy ustnie przed rozpoczęciem koncertu to niestety najwyraźniej zdecydowanie za mało. Szczególnie na piątkowych wieczornych koncertach publiczność wciąż klaszcze bez opamiętania po każdej części utworów cyklicznych, wytrącając artystów z równowagi interpretacyjnej. Oczywiście w innych krajach filharmonie wciąż mierzą się również z tym problemem. Głęboko wierzę jednak, że nad brawami można zapanować w prosty sposób i zacząć je kontrolować. Wystarczy uczulić publiczność na to, że na ekranie będą wyświetlone dłonie bijące brawo wtedy, gdy publiczność ma bić brawo i dłonie przekreślone, gdy braw nie należy bić. Jako nauczyciel szkół muzycznych (z prawie dwudziestoletnim stażem) wiem, że efektu swojej pracy nie widzi się od razu, ale kropla drąży skałę, a każdą publiczność, nawet najmłodszą, prędzej, czy później da się nauczyć scenicznego savoir-vivre'u.























