Z mroku tyranii ku światłom wolności


Minął już ponad tydzień od znakomitego, godnego rejestracji na płycie koncertu „Zmierzch tyranów”, jaki odbył się w NFM w ubiegły piątek (20.03). Zabrzmiały m.in. utwory Giuseppe Verdiego, Stewarta Copelanda i Dymitra Szostakowicza, będące osobistą próbą dotknięcia jakże trudnego tematu - lęku skrytego pod powierzchnią codzienności, buntu tłumionego w półgłosie, nadziei tlącej się mimo wszystko, a niekiedy krzyku rozpaczy z powodu ucisku władzy.
Każdy utwór był odmienną opowieścią, odsłaniającą bolesne pęknięcia świata podporządkowanego sile. Mimo wszystko w muzyce poszczególnych artystów kryła się cicha obietnica, że nawet w najgłębszym utrapieniu rodzi się głos, którego nie sposób całkowicie uciszyć, głos sumienia, które zwycięży wszystkie przeciwności losu.
Obyśmy nigdy nie musieli żyć w czasach tyranii - to najważniejsza myśl, jaka pozostała w mojej głowie po opuszczeniu NFM
.

Vittorio Emanuele Re D'Italia 

Nie bez powodu wieczór rozpoczęła Uwertura do opery Nabucco Giuseppe Verdiego. Nazwisko „Verdi” już za życia kompozytora zyskało znaczenie wykraczające poza muzykę. Stało się symbolem politycznym związanym z ruchem Risorgimento. W okresie walk o zjednoczenie Italii hasło „Viva Verdi” było odczytywane jako akronim od „Viva Vittorio Emanuele Re D’Italia” (Niech żyje Wiktor Emanuel II, król Włoch). Dzięki temu w zakamuflowany sposób można było manifestować poparcie dla idei jedności narodowej i monarchii sabaudzkiej, unikając represji ze strony władz austriackich.

Z bogatej twórczości operowej Verdiego zwłaszcza opera Nabucco była interpretowana jako artystyczne odzwierciedlenie dążeń wolnościowych Włochów. Szczególne znaczenie miał chór „Va, pensiero”, śpiewany przez zniewolonych Hebrajczyków tęskniących za ojczyzną. Włoscy widzowie odczytywali ten fragment jako alegorię własnej sytuacji politycznej - podzielonych i częściowo okupowanych Włoch - oraz jako wyraz pragnienia niepodległości i jedności narodowej. W ten sposób Verdi stał się nie tylko kompozytorem, lecz także symbolicznym głosem epoki Risorgimenta.
Słuchając Uwertury do opery Nabucco w wykonaniu NFM Filharmonii Wrocławskiej, którą poprowadził zdecydowaną ręką Daniel Raiskin miałam tylko jedną refleksję – dobrze by było, gdyby wrocławscy filharmonicy częściej grali taki repertuar. Precyzja, klarowność formy, różnorodność tematów i blask brzmienia poszczególnych sekcji - słowem wszystkie zamysły Verdiego - zostały wyrażone celująco. 
A radość z grania i słuchania tego dzieła była bardzo widoczna po obu stronach sali.

Ojciec i syn

Atrakcją wieczoru był niewątpliwie nieczęsto grany w Polsce, odnoszący się do sytuacji za żelazną kurtyną, efektowny utwór Stewarta Copelanda Tyrant’s Crush: Concerto for Trapset and Orchestra. Trzyczęściowa programowa kompozycja o tytułach części: Poltroons in Paradise (część I) Monster Just Needed Love (but ate the children anyway) (część II) i Over the Wall (or up against it) (część III) to dzieło, w którym otrzymujemy ostrzeżenie przed rewolucją przeradzającą się w tyranię. Dzięki buntowi do władzy dochodzą tu intelektualiści. I w tym momencie można zacytować Lorda Actona: „Władza deprawuje, a władza absolutna deprawuje absolutnie” - przewrotowcy ponawiają błędy swoich poprzedników, degradując zdolnych i kompetentnych obywateli. Na koniec osamotniony tyran poniesie jednak porażkę, która najprawdopodobniej skończy się dla niego śmiercią. 

Przyznam szczerze, że w trakcie słuchania nie doszukałam się w muzyce całej historii wyrażonej w komentarzu Copelanda. Jak dla mnie dzieło było zbyt jednolite w wyrazie, by dało się wysłyszeć wszystkie pozamuzyczne niuanse tej opowieści. Niemniej jednak doceniam rzemiosło kompozytorskie autora (wyspecjalizowanego przede wszystkim w zakresie muzyki rozrywkowej), zastosowanie interesujących efektów instrumentacyjnych (choćby ciekawe użycie czelesty i fortepianu). 
Największą atrakcją był występ dużego grona perkusistów NFM, którzy obok solisty (Ilia Rayskin  – zestaw perkusyjny) dali istny popis techniczno-muzyczny, ukazując możliwości poszczególnych instrumentów. Jestem pewna, że słynny Edgar Varèse, pionier w traktowaniu perkusji jako pełnoprawnego, a nawet wiodącego elementu orkiestry i rewolucjonizujący jej rolę w muzyce XX wieku, byłby ukontentowany słysząc wrocławskie wykonanie kompozycji Copelanda.


Dodatkowym „smaczkiem” była możliwość spotkania się na estradzie ojca (dyrygent) i syna (solista). Rodzinny występ przyniósł ciepło i szczególny, „ponaddźwiękowy” rodzaj porozumienia między artystami.


Most ku wieczności

Muszę przyznać, że początkowo było dla mnie zaskakujące umieszczenie w programie Preludium chorałowego BWV 622 Johanna Sebastiana Bacha: O Mensch, bewein dein Sünde groß (w prawdziwie romantycznym opracowaniu Maxa Regera, na orkiestrę smyczkową). Medytacyjny i pasyjny w charakterze utwór, traktujący o męce Chrystusa, pokucie i odkupieniu, okazał się jednak wspaniałym wyborem na ten wieczór. Niemal operowa emocjonalność tematów ozdobionych kunsztownymi figurami retorycznymi pięknie wpisała się w tematykę dotykającą wątku ludzkiego sumienia. Dodatkowo prezentacja tego dzieła była rodzajem uczczenia pamięci Bacha w wigilię jego urodzin i przygotowaniem słuchaczy na nadchodzący niebawem Wielki Tydzień. Z piątkowej interpretacji wrocławskich filharmoników szczególnie zapamiętałam piękne, „mięsiste” brzmienia altówek oraz śpiewność całego zespolu i fantastyczne operowanie czasem. Dyrygent zadbał o każdy szczegół wykonawczy - wydobywając z orkiestry całą gamę kolorów i nastrojów, tym razem niezwykle subtelnych, wręcz intymnych.


Wypijmy za to, żeby nie żyło nam się jeszcze lepiej”

Powyższy śródtytuł był ulubionym, rzecz jasna ironicznym, toastem wznoszonym wielokrotnie przez Dymitra Szostakowicza – jednego z czołowych kompozytorów XX wieku (mającego pecha żyć w ZSRR). To właśnie jego VI Symfonia h-moll op. 54 była najciekawszym punktem piątkowego wieczoru. Muszę przyznać, że to na nią przyszłam tak naprawdę tego dnia do NFM. Dzieło kompozytora, który całe życie musiał wybierać między koniecznością pisania według komunistycznych zaleceń, a tworzeniem własnej sztuki, który w warunkach totalitarnego terroru nigdy nie czuł się bezpiecznie (pomimo otrzymywania licznych państwowych nagród i wyróżnień), wyrażało każdym dźwiękiem tragedię tego pokolenia. Symfonia została wykonana attacca po kompozycji Bacha i stała się prawdziwym laboratorium muzykalności tak dyrygenta, jak i wrocławskich filharmoników.
W części I (Largo) poza smyczkami wspaniale zaprezentowały się rogi. Przejmujące było też solo fletu piccolo na tle akordów harfy. Na słowa uznania zasłużyło wykonanie partii rożka angielskiego, fletów, klarnetów (niczym łkanie) i klarnetu basowego. Pozornie scherzowa lekkość części II (Allegro) była z kolei fantastycznie połączona z przenikliwymi, niepokojącymi interwencjami perkusji i instrumentów dętych blaszanych. I wreszcie znakomity finał – część III (Presto) – pełen precyzji rytmicznej i agogicznej całego zespołu, z potężną i efektowną kulminacją tutti – stał się mocnym podsumowaniem tego jakże poruszającego wieczoru.



Fot. NFM/Sławek Przerwa






Popularne posty